Poniedziałek, 19 listopada
Elżbieta, Seweryn, Seweryna, Salomea, Matylda, Maksym, Faustyna, Paweł

Egipcjanin uparł się na Polskę. Walid Kandel na łamach portalu TVP Sport

08.09.2018 08:36:00 JACA 2 2129

Na łamach portalu TVP Sport ukazał się obszerny artykuł, którego bohaterem jest Walid Kandel. Egipcjanin od kilku lat jest zawodnikiem Limanovii, prywatnie chce na stałe związać się z naszym regionem.

Walid Kandel El-Said przyjechał, by grać w Ekstraklasie. Z Jagiellonią skontaktował się dzięki przyjaciołom z handlowymi znajomościami, bez pomocy agenta. Był pewien, że w Białymstoku czeka na niego umowa. Okazało się, że leciał z Kairu tylko na testy. – Nie rozmawiałem wtedy z prezesem, tylko z jego ludźmi. Nie wiem, może doszło do nieporozumienia.

Akurat dochodził do siebie po kontuzji, więc nie przekonał klubu. Kolejną szansę dostał w pierwszoligowym Górniku Łęczna (wtedy Bogdance). Tam poszło mu dużo lepiej. W sparingu strzelił nawet gola i dostał półroczny kontrakt. Miał wrócić do domu na kilka dni, ale… polityczny przewrót w Egipcie przedłużył pobyt. Nim dostał wizę i wrócił, oferta była nieważna. Zostały niższe ligi.

– Dostałem zaproszenie na testy Radomska, do trzeciej ligi. Byłem tam dwa tygodnie. Mieliśmy podpisać umowę, ale nie miałem jeszcze karty stałego pobytu i znów nic z tego nie wyszło. Wróciłem do Egiptu i przez pół roku grałem w pierwszej lidze, ale czekałem na wyjazd do Polski.

– W Egipcie nie było ciężko – odpowiada oburzony sugestią. – Skończyłem studia, jestem księgowym. Przez sześć lat grałem w ekstraklasie. Mogłem grać dalej, być trenerem, prowadzić szkółkę albo pracować w banku. Ale wiedziałem, że w Egipcie nie będzie tak, jak chcę. Że muszę wyjechać, żeby zmienić życie. Zawsze marzyłem o Europie, a po rewolucji wiedziałem, że to już czas. Wcześniej miałem kontrakt z klubem za 300-400 tys. naszych funtów, wtedy było to ok. 150 tys. złotych rocznie. Po rewolucji wartość pieniądza bardzo spadła, a ja byłem przyzwyczajony do innego życia. Wiedziałem, że lepiej zacząć od początku w Europie niż w Egipcie.  

 

Księgowy z kartą

29-letni zawodowy piłkarz, uznany w kraju, uparł się na Polskę. – Zrobiłem kartę pobytu w czwartoligowym klubie, ale wiedziałem, że nie będzie z tego ani pieniędzy, ani szans żeby grać wyżej. Nie miałem kontaktów. Formy też nie było. Pomyślałem "dobra, nie będę walczył na darmo". Po wakacjach wróciłem do Polski z planem: kończę karierę i zakładam swoją firmę. Na pierwszym spotkaniu biznesowym poznałem menedżera. Nie wiedziałem, że zajmuje się piłką. Zapytał, skąd się tu wziąłem, więc odpowiedziałem, że byłem piłkarzem, ale już nie chcę grać. Przeczytał moje CV i powiedział "idź do Limanovii, tam szukają obrońcy". Powtarzałem, że nie chcę, ale namawiał. Przyjechałem na testy, tylko na tydzień.

Od testów minęły prawie cztery lata. Nadal jest w Limanowej. Zmieniło się wszystko wokół. Gdy podpisywał kontrakt, zespół grał w drugiej lidze. Najwyżej w historii. Miał za sobą sezon zakończony na 10. miejscu – świetnym dla beniaminka, ale nie w sezonie 2013/14, po którym trzeci szczebel rozgrywek miał zostać ogólnopolskim. Spadało 10 z 18 zespołów. Limanovii zabrakło dwóch punktów. Została w II lidze dzięki fuzji z Kolejarzem Stróże, ale miała za sobą niepewne lato i nie była gotowa na drugoligową walkę. Egipski obrońca wyróżniał się w zespole, ale ani on, ani sprowadzeni na wiosnę kolejni piłkarze (m.in. wypożyczeni z Górnika bracia Wolsztyńscy) nie zdołali uchronić drużyny przed drugim spadkiem. Klęska zniechęciła sponsora, więc pozbawiony wsparcia klub zaczął prawie od zera – od okręgówki.

– Widziałem, że są tu dobre warunki i szkoda by było, gdyby spadł do trzeciej ligi. Przekazałem panu Szubrytowi, kiedy jeszcze był sponsorem i prezesem, że chciałbym się z nim spotkać. Liczyłem, że damy radę uratować klub. Nie mówiłem dobrze po polsku, a on po angielsku, więc mi nie zaufał. Nie zgodził się na spotkanie – wspomina.

– Tak czy inaczej szanowałem go, bo jak dawał słowo, to się go trzymał. Takich nie znajdziesz w każdym klubie. Nawet jeżeli masz umowę, mogą cię oszukać. Tutaj nawet przed podpisaniem dostawałeś słowo i wszystko było honorowane. To mi się w Limanovii podobało.       

Rozwój bez Katowic

Początkowo nie planował pozostania w klubie, na szóstym poziomie rozgrywek. Zdecydowało przeznaczenie albo, jak uważa Kandel – Bóg. – W drugim sezonie dostałem dwie oferty. Nasz były trener Marek Motyka zaprosił mnie na testy do Rozwoju Katowice, ale byłem zmęczony, w dodatku wypadło to w trakcie ramadanu i nie wypadłem dobrze. Pytał: „gdzie jest Kandel?!”. Nie wiedziałem! Potem dostałem zaproszenie z Garbarnii, która była wtedy w III lidze. Tam poszło lepiej. Spisali umowę, ale moja karta pobytu się skończyła, a bez niej nie mogłem niczego podpisać. Czekaliśmy. Limanovia szukała wtedy trenera. Ustaliliśmy, że poprowadzę treningi dopóki kogoś nie znajdą. Z drużyny wszyscy odeszli, zostałem tylko ja i Piwowarczyk [Józef, pomocnik, odszedł z klubu pół roku temu]. Zobaczyli, że mam do tego smykałkę. Chcieli żebym został grającym trenerem, ale przyznali, że nie zapłacą jak w Krakowie. Moja religia mówi, żeby modlić się przed ważną decyzją. Pomodliłem się i dałem odpowiedź: zostaję.

Jako zawodnik i trener (oficjalnie drugi) wprowadził Limanovię do IV ligi. Od połowy kolejnego sezonu był już tylko graczem, ale wciąż był niezbędny. Niewiele brakowało, by jego gol przyczynił się do powrotu limanowian na wyższy szczebel – baraż przegrali jedną bramką, w dogrywce, już po zejściu Kandela z boiska. Egipcjanin rozegrał wtedy ostatni jak dotąd mecz – od tamtej pory walczy z kontuzją kolana – ale nie rusza się z Limanowej. Przywiązał się do miasteczka w głębi Małopolski, pozornie przecież tak mu obcego.

– Miasto jest bardzo katolickie. Cieszy mnie to, bo katolikowi najbliżej do muzułmanina. Myślałem o tym, jadąc do Polski. Szanuję ludzi, którzy są blisko Boga. Jak wierzysz – to twoja sprawa. Jeżeli jesteś dobrym człowiekiem, dogadamy się. Nieważna religia i obywatelstwo. Liczy się to kim jesteś. Chętnie opowiada o równowadze między wiarą a piłką: – Kiedy w trakcie treningu jest czas na modlitwę, przerywam i się modlę - a koledzy to szanują. Na początku, kiedy byliśmy w drugiej lidze, było ciężko – odchodziłem na bok, szukałem miejsca, nie wiedziałem jeszcze dobrze gdzie jestem, a trener poganiał. Starałem się modlić jak najszybciej i wracać, bo pracę też trzeba szanować. Nie mogę powiedzieć „nieważna praca, teraz się modlę” albo odwrotnie. To musi iść razem.

 

Kiedy mowa o godzeniu islamu z piłką, nie sposób przemilczeć kwestii ramadanu.

– Jeżeli chodzi o post, to w Polsce jest sto razy łatwiej niż w Egipcie. Nie czuję, że jestem głodny czy chce mi się pić. Lepiej go znoszę, chociaż tutaj trwa dłużej. W Egipcie najdłuższy dzień ramadanu trwał 16 godzin, a tutaj, teraz – 18,5. Te dwie i pół godziny mniej na jedzenie, sen, czytanie Koranu, modlitwę - to różnica. Ramadan to nie tylko post. To walka ze sobą, kontrolowanie uczuć. Jeżeli jesteś dobrym muzułmaninem i chcesz szanować religię, to w Polsce łatwiej o grzech. Muzułmaninowi nie wolno wtedy patrzyć na dziewczynę, która ubiera się tak, jak Polki latem. A w końcu jesteś tylko człowiekiem. Pod tym względem tutaj jest trudniej. Znacznie łatwiej jest w zimie.

Kandel zdradza, że w szatni jego odmienność wywołuje tylko życzliwość i zainteresowanie:

– Koledzy dopytują o religię. Są ciekawi.

Co innego na trybunach:

– Zdarza się, że kiedy gramy, ktoś rzuci słowem... To śmieszne. Kibicują, więc przeszkadzają przeciwnikowi. Muzułmaninowi, Arabowi – tym łatwiej. Grałem w pierwszej lidze w Egipcie i w reprezentacji, przy stu tysiącach kibiców. Po takiej presji 50 osób na meczu cię nie ruszy.

Nawet życzliwa drużyna może jednak być dla muzułmanina wyzwaniem. Czasem – tym większym, im więcej życzliwości.

 

– Zero alkoholu?

– Zero.

– Chyba w szatni z tym trudno?

– O, kur...

To jedno słowo i ciężkie westchnienie mówią wszystko.

– Dla mnie to było jak na filmie. Wygrany mecz, przegrany mecz... Ale szanuję zwyczaje, nie przeszkadzają mi. To grzech, ale nie moja sprawa, czy inni tak robią. W Biblii też jest napisane, że nie wolno pić alkoholu. Ani jeść wieprzowiny. Jak w Koranie.

Mówi płynną polszczyzną. Przez całą rozmowę tylko raz nie rozumie polskiego słowa. Nie pozwala jednak wytłumaczyć go w innym języku.

– Najpierw polskiego uczyła mnie sąsiadka. Pisaliśmy na facebooku, z tłumaczem, i złapałem kilka słów. Potem przez rok byłem z dziewczyną, z którą rozmawialiśmy tylko po polsku. Poza tym telewizja. Dużo oglądałem, nie rozumiałem o co chodzi, ale wyłapywałem słowa. Zostają w głowie, potem zauważasz w jakiej sytuacji się ich używa i już wiesz o co chodzi. Nie zrobiłem tego celowo, przyszło samo. Od Boga. Jak chcesz tu żyć, tak trzeba.

Na początku pobytu w Polsce było najtrudniej, bo do drugoligowca przyszli też inni obcokrajowcy. – Sasza [Tarasenko] i Donczo [Atanasow]. Z Ukrainy i Bułgarii. Nie mówiłem wtedy dobrze po polsku, ale lepiej niż oni. Byłem ich tłumaczem! Masakra. Słyszałem jak gadają dwaj Polacy i nie rozumiałem słowa w słowo, ale wiedziałem co się dzieje. Naprawdę, to dar od Boga.

O swojej przyszłości mówi:

- Plan jest całkiem prosty. – Dostałem kilka ofert jako trener i zawodnik, nawet z Warszawy. Czwarta i piąta liga tutaj, trzecia gdzieś indziej... Ale pierwszą opcją jest Limanovia. Jeżeli Limanovia mnie chce, jestem tutaj. Kocham to miasto. Czuję się tu jak w domu.

Całość artykułu: http://sport.tvp.pl/38867291/e...

udostępnij
Komentarze (0)
Komentarze
Nowe
Popularne
Masz do nas sprawę? Skontaktuj sie z nami mailowo kontakt@limanowa.in