Czwartek, 16 kwietnia
Cecylian, Bernadeta, Julia, Ksenia, Erwin, Biruta

Dostałem kopa od Pana Boga, żebym zaczął wierzyć

28.11.2015 13:54:52 0 2357

Miał guza mózgu wielkości jabłka. Lekarze nie dawali mu więcej niż trzy miesiące życia. O tym, że ma glejaka, Michał Kociołek dowiedział się jako 26-letni chłopak. Dostał właśnie wymarzoną pracę jako zawodowy kierowca, rzucił ją i rozpoczął walkę o życie. To, co przeszedł przez trzy ostatnie lata, opisał w książce „Życie. Projekt w trakcie realizacji”.

- Choroba skłoniła Cię do napisania książki czy wręcz zachęciła?

- Do jej napisania zachęcił mnie ksiądz, którego poznałem podczas pieszej pielgrzymki do Częstochowy. Dużo rozmawialiśmy. Powiedział, że moja historia od momentu wykrycia guza mózgu aż po dzień dzisiejszy mogłaby zainspirować wielu ludzi.

- Pielgrzymka na Jasną Górę miała być podziękowaniem za życie?

- Za to, że dostałem drugą szansę. To była moja motywacja do napisania książki. Z drugiej strony chciałem zamknąć pewien rozdział w moim życiu, którym była choroba, a na to pozwalała mi właśnie ta książka.

- Kiedy wykryto u Ciebie guza?

- Kiedy mailem 26 lat, czyli trzy lata temu. Pamiętam jak pod koniec października dostałem ataku padaczki i wylądowałem w szpitalu. Wtedy wykryli mi guza mózgu wielkości jabłka - 8 na 6 cm. Kwalifikowałem się do natychmiastowej operacji. Lekarze dawali mi maksymalnie trzy miesiące życia.

- Wcześniej miałeś objawy, które mogły świadczyć, że coś jest nie tak?

- Raczej nie…, choć pod koniec września pojawiały się jakieś bóle głowy, ale nie były na tyle mocne, żebym musiał się tym przejmować. Nikomu się do tego nie przyznałem, bo dostałem akurat nową pracę i nie chciałem jej stracić. Miałem do załatwienia sporo rzeczy.

- To był dla Ciebie wyrok?

- Usłyszałem we Wrocławiu, bo tam lekarz rodzinny skierował mnie na badania, że mogę umrzeć, nawet jeśli zdecyduję się na operację. Jeśli tego nie zrobię, umrę na pewno. Lekarze nie przekreślili mnie od razu, ale szczerze powiedzieli, co mnie czeka. Wyszedłem na zewnątrz, żeby odetchnąć świeżym powietrzem. Całe życie przeleciało mi przed oczami. Miałem przecież tyle planów, tyle rzeczy do załatwienia. Musiałem uporządkować bałagan, który zrobił się w moim życiu. Ta choroba poniekąd pomogła mi uporządkować pewne sprawy. Wiedziałem, że nie mogę się poddać.

- Rozumiem, że nie zwlekałeś długo z decyzją o operacji?

- Ustalili mi termin i już w listopadzie przyjęli mnie na oddział neurochirurgii w szpitalu św. Łukasza w Tarnowie. Było to dokładnie 22 listopada 2012 roku. Po ośmiu tygodniach rozpocząłem chemioterapię i radioterapię. Lekarze wycięli mi guza w 92 proc. Resztę musiała załatwić chemia. Po niej przeszedłem już na tabletki. Później przyjeżdżałem tylko na kontrole. Miałem z sumie siedem rezonansów. Wszystkie wychodziły w porządku.

- Pojawiały się chwile zwątpienia?

- Pewnie że tak. Kilka razy miałem ochotę zrezygnować, odpuścić. Powiedział sobie jednak, że skoro tu jestem, dostałem drugie życie, to trzeba je wykorzystać „na maksa”. Jestem już trzy lata po chorobie i nadal walczę ze swoimi słabościami. Mam gorsze chwile, ale po nich pojawia się uśmiech na twarzy.

- Zadawałeś sobie pytanie: Dlaczego ja?

- Ani razu nie zadałem sobie takiego pytania. Nie miałem żalu ani do Pana Boga, ani do ludzi. Kiedyś znalazłem taki wpis w internecie: Dostałem kopa od Pana Boga, żebym zaczął wierzyć. Z czasem zrozumiałem, że te słowa odnosiły się do mnie. Dlatego wybrałem się na pielgrzymkę na Jasną Górę, żeby podziękować Bogu za życie.

- Choroba wiele zmieniła w Twoim życiu?

- Wszystko. Kiedy zachorowałem moje życie zmieniło się o 180 stopni. Nigdy nie zapomnę o chorobie i nie chcę udawać, że to temat, który już mnie nie dotyczy. Chcę mówić ludziom o tym i udowodnić, że można z choroby wyjść i cieszyć się życiem. Mam nadzieję, że będę mógł tym pomóc innym ludziom. Dlatego napisałem tę książkę.

- Twój cel na przyszłość?

- Nauczyłem się niczego nie planować. Żyję dniem dzisiejszym i cieszę się każdą przeżytą minutą. Mam jednak takie małe marzenie, by jeździć po szpitalach i ośrodkach, gdzie leżą chorzy, po to, by pokazać im siebie i opowiadać historię mojego życia. Chcę im pokazać, że nie można się poddawać.

Rozmawiała Marta Tyka

Fot. Z arch. Michała Kociołka

udostępnij
Komentarze (0)
Masz do nas sprawę? Skontaktuj sie z nami mailowo kontakt@limanowa.in