Czwartek, 20 września
Filipina, Eustachy, Euzebia, Faustyna, Renata

Biskup z Afryki o wspomnieniach z Limanowej, pracy na misjach, wiernych i rebeliantach

02.09.2018 09:06:35 PAN 9 6037

O wspomnieniach z Limanowej, pracy misjonarza, radości wiernych z Afryki oraz krwawej rebelii i porwaniu kapłana rozmawiamy z księdzem biskupem Mirosławem Gucwą, pochodzącym z Pisarzowej biskupem diecezjalnym Bouar w Republice Środkowoafrykańskiej, który wczoraj odwiedził naszą redakcję.

PA: Na początek chciałem zapytać o jakieś szczególne miejsca czy wspomnienia związane z Limanowszczyzną, do których ksiądz biskup najchętniej wraca.
ks. bp Mirosław Gucwa: Mam w Limanowej trzy takie miejsca, które bardzo miło wspominam, w których często przebywałem w swojej młodości. Pierwszym jest liceum ogólnokształcące (I LO im. Władysława Orkana w Limanowej – przyp. red.), oczywiście limanowska bazylika, do której wstępowałem codziennie, idąc ze szkoły na trening, no i trzecim klub Limanovia, gdzie zacząłem biegać po pierwszej klasie liceum. Zawsze z wielkim sentymentem wspominam te trzy miejsca.
PA: Ksiądz biskup mówił niedawno w Limanowej, że decyzja o wstąpieniu do seminarium przyszła w dość niespodziewanym momencie, bo w czasie zawodów lekkoatletycznych. Ale jak to było z misjami? Od początku ksiądz biskup zakładał wyjazd, czy coś szczególnego księdza biskupa skłoniło do takiej posługi?
MG: U początku mojego zainteresowania misjami były spotkania z samymi misjonarzami. Gdy byłem klerykiem, misjonarze przed wyjazdem do Kongo celebrowali mszę w seminarium. Spotykaliśmy się z nimi także, gdy przyjeżdżali do Polski na urlop, słuchaliśmy wtedy ich opowieści. Dlatego też zdecydowałem się napisać pracę magisterską z misjologii. W seminarium istniało też kółko misyjne, śp. prof. Kmiecik zrobił mnie jego przewodniczącym, co pozwoliło mi być bliżej misji. Później, po święceniach, gdy byłem wikariuszem w Grybowie, stworzyliśmy parafialną grupę misyjną, prowadziliśmy oazy misyjne. W końcu z ks. Markiem Mastalskim spotkaliśmy misjonarzy którzy pracowali w RCA (Republice Środkowkowoafrykańskiej – przyp. red.), mówili nam o sytuacji w kraju i o potrzebach ich diecezji. Dlatego poszliśmy do biskupa prosząc o posłanie na misje właśnie do tego kraju.
PA: W ten sposób od 1992 roku ksiądz biskup pracuje w Republice Środowoafrykańskiej. Jak na przestrzeni tych 26 lat zmienił się ten kraj, na ile zmienił się charakter posługi kapłańskiej? Jak do tej pory wyglądała codzienna praca misjonarza?
MG: Wiele w kraju zmieniło się w sensie pozytywnym, nastąpił pewien postęp, ale wciąż bardzo wiele jest do zrobienia, a w niektórych dziedzinach kraj cofnął się w rozwoju.
Z pewnością polepszyła się komunikacja, łączność ze światem. Gdy w latach 90. przybyłem do RCA, był tylko jeden telefon stacjonarny, znajdował się na poczcie w Bouar, rozmowy były bardzo drogie i nie zawsze udawało się je nawiązać. A teraz są telefony komórkowe, jest dostęp do internetu, więc jest zapewniony kontakt ze światem. Telewizor z anteną satelitarną też nie jest tak drogi, jak dawniej.
Drogi są lepsze, zwłaszcza te główne które są już przejezdne przez cały rok – dawniej w porze deszczowej trzeba było czekać nawet dzień lub dwa, jeśli gdzieś na trasie ugrzęzła ciężarówka.
Polepsza się też byt ludzi: teraz funkcjonariusze i inni pracownicy sfery budżetowej są regularnie wypłacani. Buduje się dużo domów, z cegły i cementu, krytych blachą, a ludzie zaczęli dbać o otoczenie, choć oczywiście wioskach bardziej oddalonych od dużych ośrodków ludzie nadal żyją w lepiankach. Ale lepiej się ubierają i dbają o swój wygląd. W Boże Narodzenie czy Wielkanoc w katedrze jest rewia mody (śmiech).
PA: A gdzie nastąpił regres? Czego brakuje w Republice Środkowoafrykańskiej?
MG: To, czego najbardziej brakuje temu krajowi, to pokój. Sytuacja cały czas jest napięta. Od 1996 roku ciągle powtarzają się rebelie (1996, 1998, 2003 – przyp. red.) ale trwały tylko parę dni i sytuacja się stabilizowała po przejęciu władzy. Ta, która wybuchła w 2012 roku, trwa do dziś. Około trzech czwartych terytorium kraju zajęte jest przez rebeliantów, którzy nie pozwalają na obecność celników czy żandarmów, chcąc kontrolować m.in. kopalnie złota i diamentów. Rebelianci nie pozwalają też uprawiać ziemi, a fabryki w których ludzie pracowali, upadły. Ludzie w wielu miejscach żyją w nędzy, około 500 tysięcy osób przebywa w obozach dla uchodźców. W miejscu gdzie pracuję była kiedyś duża fabryka przetwarzająca bawełnę, ale rebelianci ukradli maszyny i wywieźli je do Czadu. Ta fabryka miała duże znaczenie. Ludzie sprzedawali tam bawełnę ze swoich gospodarstw i mieli źródło utrzymania, a właściciele fabryki dbali m.in. o okoliczne drogi, by zapewnić sobie transport. Od niedawna po bawełnę przyjeżdżają ciężarówki z fabryki w Kamerunie, więc miejscowi mogą znów sprzedawać i zarabiać.
Dziś w naszym regionie sytuacja jest bardziej stabilna. Co prawda są cztery grupy zbrojne, ale zwiesiły broń i i chcą negocjować z rządem. Ale cały czas jest niebezpieczeństwo, a ludzie żyją w lęku i niepewności.
PA: Jacy są ci ludzie, członkowie wspólnoty w Afryce? Czy są podobni do wiernych w Polsce, czy też Kościół afrykański ma jakąś wyjątkową cechę?
MG: Gdy przyjechaliśmy RCA, ewangelizacja trwała w tym kraju już od około 100 lat. Były więc już jakieś struktury, do których mogliśmy wejść. Na pewno tym, co różni afrykański Kościół od tego w Polsce, jest obecność katechistów, którzy są odpowiedzialni za życie wspólnoty (jedną parafię tworzy nawet 30 wspólnot – przyp. red.). Są to świeccy – czasem całe rodziny, których członkowie poprzez specjalne kursy są przygotowywani do organizowania życia chrześcijańskiego w danej wspólnocie. To oni prowadzą nabożeństwa pod nieobecność księdza. Działa też dużo grup apostolskich.
PA: Gdy patrzę na zdjęcia czy filmy z afrykańskich misji, mam wrażenie że ci ludzie, choć są w zdecydowanie trudniejszej sytuacji, uśmiechają się częściej i mają w sobie więcej radości, niż my w Polsce.
MG: Rzeczywiście, ludzie w Afryce się cieszą. Materialnie, w życiu niewiele mają, ale za to mają radość. Msza święta jest dla nich okazją, by tę radość wyrazić. Cieszą się ze wspólnoty, że Bóg jest wśród nich obecny. Radość wyrażają całym swoim ciałem: gdy śpiewają, tańczą i klaszczą. To tańce liturgiczne, będące częścią nabożeństw. W dodatku, ludzie w Afryce nie mają kompleksów – dyrektor banku czy urzędnik przychodzi do kościoła i modli się, tańcząc i śpiewając. Celebracja stwarza im okazję, żeby się cieszyć.
Mieszkańcy Afryki celebrują w ten sposób także wydarzenia rodzinne, na przykład świętując z okazji narodzin. Co ciekawe, tańczą też w chwilach smutku: w przypadku śmierci, do dnia pochówku panuje żałoba, natomiast przez trzy dni po pogrzebie to czas czuwania, kiedy śpiewają i tańczą, by pocieszyć rodzinę w żałobie.
Oczywiście, ludzie w tym kraju nie zawsze są radośni. Pamiętam, że gdy dwa lata temu jeździłem do kolejnych parafii w czasie udzielania sakramentu bierzmowania – tam gdzie byli rebelianci, w czasie Eucharystii widać było w tych ludziach, że nie było w nich znanej mi radości. W tym roku sytuacja zmieniła się, gdy rebelianci zawiesili broń. Ludzie nie muszą uciekać – widać od razu w czasie celebracji i po niej.
PA: Ksiądz biskup był też kapelanem więzienia. To wydaje się być trudnym zadaniem nawet w ojczystym kraju, a jak jest na obcym kontynencie?
MG: Moja przygoda z więzieniem, a poźniej szpitalem, zaczęła się w 2005 roku. Nie byłem wtedy w parafii, tylko pracowałem w strukturach kurii. Więzienie znajdowało się obok katedry. Jednego dnia zmarło w nim czterech więźniów. Z głodu. Wstrząsnęło to nami, a także dwiema świeckim wolontariuszkami i Włochem z ONZ, którzy z nami współpracowali. To oni zaproponowali, że znajdą środki, by przynajmniej raz w tygodniu przygotować dla wszystkich więźniów dodatkowy, porządny posiłek. Zorganizowanie tego obiadu dla wszystkich więźniów to był koszt 50 euro tygodniowo. I od tej pory nie było soboty, by więźniowie nie otrzymali posiłku. A że ja wielokrotnie mówiłem biskupowi, że od pracy w kurii wolę pracę w parafii, wśród ludzi, to mianował mnie kapelanem więzienia.
Przed sobotnim obiadem na dziedzińcu więzienia sprawowałem mszę świętą. Dla przestępców, wśród których byli nie tylko katolicy, ale też muzułmanie i protestanci. Ci początkowo nie interesowali się tym co mówię, grali w warcaby, rozmawiali, wracali do swoich cel. Ale po dwóch czy trzech miesiącach widziałem, że wśród katolików na dziedzińcu znajdują się muzułmanie modlący się na swoich różańcach. Po mszy wszyscy zjadali wspólnie ten przygotowany przez nas obiad. Później stworzyliśmy kaplicę. Choć dziwnie to zabrzmi, w więzieniu czułem się wolny, bo nie było protokołów, dokumentów, a wszyscy zwracaliśmy się do siebie po imieniu.
PA: Na koniec: mówiliśmy o niestabilnej sytuacji w kraju i rebelii, nie sposób nie zapytać o porwanie i uwięzienie ks. Mateusza Dziedzica, w którego uwolnieniu ksiądz biskup miał swój udział.
MG: Rzeczywiście, to była trudna sytuacja. Wspominam to jako okres ogromnego zmęczenia psychicznego, co prawda trzeba było jakoś funkcjonować, ale właściwie cały czas myślałem tylko o tym. Pamiętam, że w tych ciężkich chwilach czytałem „Inny świat” Gustawa Herlinga-Grudzińskiego.
Ale od początku: w niedzielę mieliśmy wolne popołudnie, więc pojechaliśmy do Baboua, tam gdzie był Mateusz i Leszek. Wróciliśmy do domu na 18., położyłem się spać o zwykłej porze, ale o 5. rano usłyszałem głośne łomotanie do drzwi. To był Leszek. Powiedział: „Mirek, mamy problem”. Zapytałem, co się stało, a on powiedział że Mateusza porwali. Zabrali go w nocy, poszedł bez niczego. Od razu więc pomyśleliśmy, że trzeba wejść w kontakt z rebeliantami. Pierwszego dnia się to nie udało, bo nie działały komórki. Na szczęście w jednej z miejscowości był internet satelitarny, więc wysłałem wiadomości do ambasady francuskiej, do nuncjatury, do diecezji tarnowskiej czy nawet do jednego z polskich ministerstw. Wraz z szefową struktur ONZ w Bouar robiliśmy co się dało, by poinformować wszystkich tych, którzy mogli wpłynąć na poprawę sytuacji. Drugiego dnia zdołałem nawiązać kontakt z rebeliantami, na który zresztą sami czekali. Numer telefonu otrzymałem od kobiety, której męża porwano miesiąc wcześniej. Odebrali za czwartym razem. Od razu dowiedziałem się, że o spotkaniu z Mateuszem w bazie rebeliantów nie może być mowy, ale chciałem mu przekazać najpotrzebniejsze rzeczy. Nawet na to trzeba było mieć pozwolenie szefa tej grupy, na szczęście wyraził zgodę.
Na spotkanie rebelianci wybrali odosobnione miejsce przy jednej z głównych dróg. Wcześniej ustaliłem z nimi, że przyjedziemy we dwóch z ks. Mikołajczykiem w białym Mitsubishi. Gdyby było nas więcej, lub gdybyśmy przyjechali innym samochodem, spotkanie nie doszłoby do skutku. Było bardzo wcześnie rano, żeby na drodze nie było żadnego ruchu. Zabraliśmy dla Mateusza leki, wodę, brewiarz i zestaw liturgiczny do celebracji mszy. Rebelianci zapewnili nas, że nie skrzywdzą Mateusza; chcieli jedynie, by uwolniono jednego z ich dowódców, więzionego w Kamerunie. Później spotykałem się z nimi jeszcze trzykrotnie, by przekazywać ubrania i żywność. Wreszcie, gdy z więzienia zwolniono przywódcę rebeliantów, Mateusz mógł do nas wrócić. Rebelianci nie zgodzili się na wojsko, policję czy jakichkolwiek przedstawicieli władzy, w grę wchodziła tylko organizacja humanitarna. Pojechaliśmy po Mateusza z Międzynarodowym Czerwonym Krzyżem. To była wielka ulga i wielka radość.
Co ciekawe, na parę dni przed wyjazdem na urlop do Polski, w lipcu tego roku, spotkałem się z rzecznikiem tego ugrupowania, z którym rozmawiałem o uwolnieniu Mateusza. Jego grupa złożyła broń, a on sam mieszka Bouar, zajmuje się szukaniem złota i diamentów. Jest jednym z pięciu rebeliantów, którzy będą negocjować z rządem. W czasie naszej rozmowy porosił mnie o Pismo Święte, mówiąc że chce zacząć czytać. Dałem mu więc Nowy Testament w języku sango. Zamierzam jeszcze się z nim spotkać, a on bardzo chciałby porozmawiać z ks. Mateuszem.
(Rozmawiał Przemysław Antkiewicz. Fot.: misje.pl/A. Styruła)
udostępnij
Komentarze (0)
Masz do nas sprawę? Skontaktuj sie z nami mailowo kontakt@limanowa.in