Zdobył zimą drugi szczyt wyspy Langkawi w Malezji i to w sandałach! (żart) | Sacz.in - sądecki portal informacyjny
limanowa.in
Poniedziałek, 16 lipca, Eustachy, Maria, Benedykt, Marika, Benita, Mirella
Rejestracja »

Ludzie

2018-04-01 07:02:14

Zdobył zimą drugi szczyt wyspy Langkawi w Malezji i to w sandałach! (żart)

Zdobył zimą drugi szczyt wyspy Langkawi w Malezji i to w sandałach! (żart)
Rozmowa z Bartkiem Zobkiem z Mszany Dolnej, autorem Kalendarza Przygód, założycielem grupy facebookowej „Szukam towarzysza podróży” i kierownikiem zimowej wyprawy na Machinchang, drugi szczyt wyspy Langkawi w Malezji (701 m. n.p.m.), po raz pierwszy zdobyty zimą w sandałach i z jednym zamkniętym okiem. W wyprawie towarzyszyły mu Emilia Januszewska oraz Agata Malchrowicz.
- Gratuluję sukcesu. Skąd jednak pewność, że byliście pierwsi?
- Fakt. Ludzie bywają skromni, nie szukają rozgłosu, zwłaszcza Polacy. Niewykluczone, że ktoś wcześniej zdobył Machinchang zimą w sandałach, nie dla sławy, ale tak po prostu dla przyjemności, bez wyższego celu. 
- Stąd pomysł z zamknięciem jednego oka na ostatnich stu metrach?
- W górach to dodatkowe wyzwanie. Trochę jak rezygnacja z aparatu tlenowego w Himalajach. Widzenie trójwymiarowe jest przecież kluczowe we wspinaczce…
- A jednak zdecydował się pan. Czy to nie szaleństwo?
- Stale przesuwamy granice ludzkich możliwości, sprawdzamy, co jeszcze albo jak można zrobić, to dodaje ekscytacji.
- I ma znaczenie medialne. O polskich alpinistach znów głośno.
- Nie robimy tego dla sławy. Ale z drugiej strony świadomość, że ocieramy się o coś pierwszy raz w historii ludzkości jest podniecająca, więc idziemy za ciosem i dodajemy te drobne elementy czyniące precedens, podnoszące poprzeczkę. Ale nie lecę przecież z tym do mediów. Rozmawiam tylko ze znajomymi, a efektem kuli śnieżnej idzie to dalej, parę dni później odzywa się pierwszy dziennikarz, i kolejni. Oraz życzliwe osoby, które chcą mi pomóc przekuć to w sukces gospodarczy. Jest firma, która chciałaby zasponsorować mi nowe sandały. Jest też producent akcesoriów medycznych, który pod moim nazwiskiem chciałby produkować górskie opaski na jedno oko.
- No właśnie, buty… Podobno do Waszej wyprawy dołączył Francuz oraz Malezyjczyk, który szedł w klapkach!
- To prawda, choć spotkaliśmy ich, gdy byli w odwrocie, chcieli zrezygnować. Ostatecznie dołączyli do nas. Mogłem go poprosić, żeby przebrał buty na ostatnim odcinku, ale przecież nie miał innych. Mogłem też poprosić o to, żeby nie zamykał przypadkiem jednego oka, ale to już byłaby za duża ingerencja w rzeczywistość. W wyniku narady w naszym obozie postanowiliśmy, że nie będziemy mu nic sugerować. Że jeśli sam wpadnie na pomysł zamknięcia oka na końcu, to nie będziemy tego ukrywać i będziemy to jasno komunikować. Emilia miała za zadanie go dyskretnie obserwować. Nie zamknął oka.
- Jak sprawdziły się sandały?
- Świetne rozwiązanie, są wygodne, gruba podeszwa amortyzuje, poza tym noga się mniej poci, a dzięki skarpetkom mamy ochronę przed drobnymi otarciami.
- Ile kosztowała wyprawa?
- Mieliśmy kawałek z motelu na parking u podnórza góry, ale zrzuciliśmy się na Ubera. W obie strony wyszło jakieś 45 zł.
- To słabo wsparliście lokalną gospodarkę. Wyprawa na K2 kosztowało ponoć 1,5 mln zł.
- Przepraszam.
- A co pana rodzina na to, że będzie pan zdobywał Machinchang zimą z zamkniętym okiem?
- Nie wiedzieli o pomyśle z okiem. Był dość spontaniczny, ale i tak bym nie powiedział, po co stresować ludzi.
- Podobno utarliście nosa malezyjskim geodetom?
- Jak podają źródła, Machinchang liczy 701 metrów nad poziomem morza. Ale na szczycie aplikacja w moim telefonie pokazywała wysokość 730 metrów z dokładnością do 4 metrów.
- Ale to oznacza, że pokonaliście wysokość o około 5% większą! Telefon nie może się mylić.
- To taka ciekawostka, nie zgłaszałem tego nigdzie.
- Kto niósł plecak Bartka Zobka?
- Sam go niosłem. Nie korzystałem z żadnej pomocy. To nie był jakiś wyczyn, nie był ciężki, miałem tam wodę, pelerynę, trochę kiełbasy i jajka na twardo, które zjadłem jeszcze przed atakiem na szczyt, więc później było lżej. Oczywiście mogliśmy wynająć tragarzy, ale co to wtedy byłby za wyczyn?
- Czyli obyło się bez piłowania szczoteczki do zębów?
- Krążą legendy o odchudzaniu plecaków poprzez piłowanie szczoteczek, bo na dużych wysokościach przy rozrzedzonym powietrzu czuje się każdy krok, każdy kilogram. Ale my zostawiliśmy część swoich rzeczy w motelu, biorąc na atak szczytowy tylko to, co najważniejsze: jedzenie, wodę, żel antybakteryjny, repelenty, skarpetki na zmianę.
- A były momenty słabości? Nie musi pan udawać twardziela, tak czy inaczej wyprawa zakończyła się sukcesem.
- Było coś, co nie powinno się zdarzyć podczas profesjonalnej ekspedycji. Miałem ze sobą ugotowane wcześniej jajka. I zamiast jeść je spokojnie na siedząco, to postanowiłem nie tracić cennego czasu i zjeść je idąc… Łatwo sobie wyobrazić, że śliskie jajko lubi się droczyć. Spadło. No i teraz dylemat, czy opłukać je wodą z butelki, która przecież jest ograniczona i powinna służyć wyłącznie do picia? Ostatecznie wytarłem jajko o koszulkę i obmyłem żelem antybakteryjnym. Było ohydne w smaku.
- I wniosek taki, że jeśli już jeść idąc, to suchą kiełbasę, a nie śliskie jajko? Tak czy inaczej dostarczył pan organizmowi cenne białko. A jak z bezpieczeństwem? Czy miał pan świadomość, że naraża swoje życie?
- To właśnie ta świadomość dodaje pikanterii, ekscytacji, motywuje. Nikt nie chodziłby po rozżarzonych węglach, gdyby nie parzyły. Oczywiście, rodzi się pytanie, jak daleko można się posunąć. Czy jest jakaś granica ryzyka (np. 20% śmierci), której nie należy przekraczać? Ale jak zmierzyć takie ryzyko? Miałem ten sam dylemat. Mogłem przecież postanowić zamknąć oko na całej trasie, ale to by wyraźnie zbliżało mnie do śmierci, albo chociaż do potknięcia i ubrudzenia. I tak zresztą miałem zagwozdkę. Czy ktoś nie potraktuje tego jako kolejne wyzwanie i postanowi zdobyć Gubałówkę z zamkniętymi oczami? Chcę pokonywać siebie, ale nie chcę inspirować do szaleństw.
- W takim razie co dalej? Jakie rozsądne granice do przekroczenia stają przed światowymi alpinistami i himalaistami?
- Rozdzwonili się sponsorzy. Producent wódki Amundsen chciałby sfinansować kolejną ekspedycję – zdobycie Araratu na kacu. Nie wiem. Chcę, żeby ludzie mieli dystans i zdrowe podejście do pewnych rzeczy, robili je dla frajdy, nie dla sławy, jak na przykład picie wódki.
 
(Fot. Emilia Januszewska)
Drogi Użytkowniku! Z dniem 25 maja 2018 r. zmieniły się obowiązujące przepisy z zakresu ochrony danych osobowych (RODO). Dla Limanowa.in bardzo ważne jest bezpieczeństwo Twoich danych osobowych, dlatego dostosowaliśmy działalność portalu do nowych wymogów. Jeżeli posiadasz konto, bądź korzystasz z innych funkcjonalności jakie oferujemy, zapoznaj się proszę z kilkoma ważnymi informacjami jakie znajdziesz tutaj. Dodatkowe informacje o tym jak przetwarzamy dane osobowe, znajdziesz też w naszej Polityce Prywatności. W razie wątpliwości, skontaktuj się z Administratorem.