Niedziela, 18 sierpnia
Ilona, Klara, Bronisław, Helena, Bogusław

Ks. Kazimierz Ptaszkowski - Nietuzinkowy jezuita

15.09.2016 09:46:55 0 1095

Późnym niedzielnym wieczorem doszła do Sącza smutna wiadomość z Rzymu. W wieku 66 lat zmarł tam ks. Kazimierz Ptaszkowski.

Urodził się 20 kwietnia 1950 r. w Ptaszkowej, gdzie jak wspomniał prawie wszyscy mieszkańcy pracowali „na kolei”. Po szkole podstawowej skierował swoje kroki do Technikum Kolejowego. Po trzynastu latach studiów wrócił na Sądecczyznę, jako jezuita ze swoją pierwszą prymicyjną mszą św. To było w 1978 r. Po latach tak wspominał to wydarzenie: „Wychodzę do ołtarza, patrzę i oczom nie wierzę. Przede mną stoi cała brać kolejarska w galowych mundurach i z dumą w oczach. W tamtych czasach wielu absolwentów Technikum Kolejowego zostało duchownymi. Opatrzność Boża tak sprawiła, że również w mojej posłudze zakonnej i kapłańskiej przez blisko 10 lat byłem proboszczem w parafii kolejowej. Kiedy kolejarze o tym się dowiedzieli, zaraz nawiązali ze mną kontakt i powiedzieli wprost: - Bracie kolejarzu! Będziesz nam musiał pomagać w tych trudnych czasach...”.

I rzeczywiście, kiedy nastały burzliwe przemiany gospodarcze w kraju po 1989 r. i związane z tym zwolnienia z pracy na PKP czy w ZNTK, w swoich krótkich, acz dosadnych, kazaniach ostro wypowiadał, co o tym myśli. To były apele o godność ludzką, o moralne postawy pracodawców.

Ksiądz Ptaszkowski był poważnej postury. W młodości grał w siatkówkę, trenował boks. Jego tubalny głos rozbrzmiewał w kościele kolejowym. Dla każdego człowieka znalazł zawsze czas, by z nim porozmawiać. Miał olbrzymie poczucie humoru, abstrakcyjny dowcip, czasem też lubił rzucić grubym słowem pod adresem władz. Tuż przed wyjazdem do Wrocławia na placówkę duszpasterską w 2004 r., jakoś smutno się zrobiło, kiedy parafianie dowiedzieli się, że ma problemy ze zdrowiem. A ksiądz Kazimierz potrafił dużo i tłusto zjeść, jak przystało na chłopskiego syna z Ptaszkowej.

Kiedy po latach probostwa w dzielnicy Krzyki we Wrocławiu spotkaliśmy się, z dumą mówił: - Gdy tam zostałem proboszczem do kościoła na msze niedzielne przychodziło 400-500 osób. Po trzech latach doliczałem się ponad 2 tysiące wiernych w świątyni.

Swoją osobowością, charyzmą przyciągał do siebie wiernych. We Wrocławiu towarzyszył mu również jezuita z parafii kolejowej ks. Jerzy. We dwójkę było im raźniej.

Teraz już sam ksiądz Ptaszkowski stanie przed obliczem Najwyższego. Zapewne doceni Jego zasługi. Żegnaj kolejarski Bracie, do zobaczenia na Niebieskiej Stacji!

Czytaj w Dobrym Tygodniku Sądeckim: https://issuu.com/dobrytygodnik/docs/37_2016

Fot. Z arch. www.ptaszkowa.pl

udostępnij
Komentarze (0)
Masz do nas sprawę? Skontaktuj sie z nami mailowo kontakt@limanowa.in